Kategorie

Archiwa

Zmiana strony bloga

W związku z informacją, że blog.pl znika jako platforma z sieci, wszystkie nowe wpisy będą publikowane na


http://kahuna.blog

Namalowane twarze

Chodziłem ulicami, ludzie, jak to na ulicach. Ich ciała były normalne, cielesne. Twarze były namalowane na płótnach, deskach, ciężko powiedzieć. Wszystkie były czarnobiałe, bez wyrazu. Nie dało się odczytać żadnych emocji. Były puste, choć żywe. Przemieszczały się z ciałami, ale same twarze pozostawały nieruchome. Żadnych ruchów ust, brwi, policzków. Kolejna sprawa, to to, że bez względu na odległość z której patrzyłem na te twarze, wciąż wyglądały tak samo. Jakby miały nieskończoną rozdzielczość. Próbowałem się przypatrywać tym twarzom z bardzo bliska, ale wciąż widziałem je tak samo, choć ciała to się oddalały to zbliżały

Sweat Lodge w Zajęczym Jarze

Właśnie wróciłem z pełniowego Szałasu w Zajęczym Zarze, niedaleko Cieszyna. Miejsce dobre, z dobrą energią. Początek był jednak dość energetycznie wyczerpujący. Z mojego powodu. Pojechałem tam z intencją zwolnienia wewnętrznego, pozbycia się wymówek, że czegoś tam nie zrobię, bo mam inne ważniejsze sprawy. Lekki chaos, bo kogo jak kogo, ale siebie nie da się oszukać. To było czyste lenistwo, wygodnictwo i delikatne zejście z obranej ścieżki. Na miejscu chaos organizacyjny, brak zdecydowania w działaniu i lekkość w trwaniu, że jakoś to będzie spowodowała u mnie wewnętrzny bunt (największy, gdy okazało się, że nie ma kamieni (!). Podjąłem jednak to wyzwanie, bo przecież spotkało mnie dokładnie to samo, z czym przyjechałem się zmierzyć. Jak się okazało, wszystko dało się spiąć ze sobą. Były i kamienie (po które pojechaliśmy 40 km) i ogień zapalił się pięknie, i szałas wyszedł jak od linijki (świetny patent na zimowe szałasy, to ławeczki z drewna w środku). Moja intencja (nauczony doświadczeniami z Ayahuaską) była prosta. Więcej czasu na myślenie, uważność na to co robię, więcej czasu na bycie ze sobą. Podczas pierwszej bramy powietrznej, gdy się „rodzimy” skojarzyło mi się to z tęsknotą, za powrotem ze szkoły, rzuceniem tornistra w kąt i biegusiem na trzepak :))) Pod koniec pierwszej bramy, pojawiła się panika i wewnętrzny chaos. Wirówka myśli i poczucie, że powinienem na tym zakończyć swój Szałas. Późniejsze energetyczne etapy mogą zbyt mocno podziałać, a ja przecież potrzebuję spokoju. Tak zrobiłem. Podczas wnoszenia kamieni na drugą bramę wyszedłem z Szałasu, złożyłem dary dla Ognia i zakończyłem ceremonię. To pierwszy raz, gdy wyszedłem tak szybko. Zasnąłem, choć nie do końca głębokim snem. Wizja która mnie mocno zdziwiła. Chodziłem ulicami, ludzie, jak to na ulicach. Ich ciała były normalne, cielesne. Twarze były namalowane na płótnach, deskach, ciężko powiedzieć. Wszystkie były czarnobiałe, bez wyrazu. Nie dało się odczytać żadnych emocji. Były puste, choć żywe. Przemieszczały się z ciałami, ale same twarze pozostawały nieruchome. Żadnych ruchów ust, brwi, policzków. Kolejna sprawa, to to, że bez względu na odległość z której patrzyłem na te twarze, wciąż wyglądały tak samo. Jakby miały nieskończoną rozdzielczość. Próbowałem się przypatrywać tym twarzom z bardzo bliska, ale wciąż widziałem je tak samo, choć ciała to się oddalały to zbliżały. Dzisiaj, po porannym kręgu i pożegnaniu rozjechaliśmy się w swoje strony.

20171203_11200520171203_112008 20171203_111952 20171203_112011

Uzupełnię jeszcze o jedną rzecz. Podczas pożegnalnego kręgu wyciągaliśmy z rozłożonej talii karty. Niesamowite było to, że 100% z nas wyciągnęło karty ze swoimi intencjami. Nie, to nie jest naciąganie faktów ani naciąganie interpretacji. Byłem i widziałem. Bo jak nazwać inaczej intencję zakończenia konkretnego etapu w życiu (intencja z wczoraj) a wyciągnięta karta dziś rano to „Nowy rozdział/nowy etap”. U mnie „Szczerość”. Co idealnie pasuje do tego, gdy próbowałem być nieszczery sam ze sobą.

 

20171203_105715

Trzy sny. Zło, porwania i morderstwa

To były trzy sny, dzień po dniu. Nie czułem, że warto je opisywać, bo nie miałem żadnych odczuć. Jednak trzeci, zamknął je w jeden.
Pierwszy.
Byłem w jakimś ośrodku. Pusty, bez ludzi. Przechodząc między pomieszczeniami (budynek był parterowy) przechodziłem przez łącznik, ciemny, mroczny z drzwiami, których wiedziałem, że nie mogę otworzyć. Spotkałem w kuchni koleżankę, ale nie rozmawialiśmy. Wróciłem znów przez łącznik do części mieszkalnej, potem znów do kuchni, wciąż patrząc na drzwi. W kuchni koleżanki już nie było. Poszedłem znów do łącznika i otworzyłem drzwi. Poczułem coś złego. Usłyszałem oddech. Wyszedłem na zewnątrz. Był pogodny dzień. Jakieś przedmieścia. Zorientowałem się, że wiem gdzie jestem, choć okolica była obca. Wiedziałem w którą stronę mam iść, żeby dotrzeć do centrum swojego miasta. Szedłem przez pola, okolice lasu, spotkałem jakieś dzieci. Gdy dochodziłem do zabudowań (domki jednorodzinne) zorientowałem się, że mam na sobie tylko koszulkę. Dół ciała był nagi. Bardzo nie lubię takich snów. Spotkałem grupę ludzi, chyba pijanych, wszedłem baru, chyba chciałem zadzwonić. Przechodziłem przez inne domy szukając drogi do domu. Trafiłem na ulicę z dużą ilością pubów i sklepów. Jechałem autobusem wciąż licząc, że dotrę do znajomych okolic. Tak się stało. Dotarłem do znajomej okolicy, znajome budynki. Remont ulic trwał.
Drugi – tu jest dziwna sprawa, bo nie pamiętam treści a jedynie odczucia. Wiązały się jakoś z tym pierwszym
Trzeci.
Spotkałem znajomego, którego bałem się zawsze. Niby spokojny gość (w realnym świecie) ale dość nieobliczalny (również w realnym świecie). Dziwna energia. Porwał mnie i grupę osób, wywiózł autobusem do jakiegoś mieszkania. Mieszkanie było w kamiennicy. Wiedziałem, że byłem w Japonii, choć zabudowa zdecydowanie europejska. Trzymał nas w tym mieszkaniu, okrutnie torturował i mordował. Ja jednak znalazłem sposób, żeby uciec i zawołać pomoc. On doskonale wiedział, że ucieknę. Wydawało się, że wręcz pomaga mi w tym, choć jednocześnie przeszkadza. Wybiegłem na ulicę w poszukiwaniu telefonu. Nie było ani jednego miejsca skąd mógłbym zadzwonić. Ani jednego sklepu czy restauracji. Byłem bardzo zdziwiony, że w Japonii nie ma technologii i to miejsce jest takie dziwne. Rosło bardzo dużo drzew. Biegałem, szukałem, bez skutku. Dotarłem w końcu na jakieś targi. Ale nie hala wystawiennicza. Po prostu namioty. Stoiska z Japończykami. Nikogo nie mogłem zrozumieć. Starałem się jakoś przekazać o tym strasznym porwaniu. W końcu znalazłem telefon. Zadzwoniłem gdzieś i znalazłem się pod tą kamienicą gdzie byli przetrzymywani ludzie. Policja już była na miejscu. Porwani i zamordowani (!) ludzie wychodzili z klatki schodowej na ulicę. Byli przerażeni, choć niektórzy wydawali się spokojni.

Mroczny las z zastygniętymi twarzami

Szedłem z grupą ludzi nad torami kolejowymi w stronę lasów. Lasy były bardzo gęste. Zarośla, chociaż jednak strzeliste drzwa. Gleba była właściwie piaskiem. Jasnobrązowym. Po chwili płynęliśmy łódką po jeziorze w środku tego lasu. Woda, brzegi – wszystko było brązowe i piaskowe. Gdy dopływaliśmy do skraju lasu zauważyłem, że korzenie, drzewa i brzeg ma kształt ludzkich twarzy. Była ich cała masa. Jakby zastygnięte w tłumie uciekających ludzi. My jednak chcieliśmy wejść do tego lasu. Znaleźliśmy tunel z mniejszą ilością zarośli. Po środku rosła roślina z kolcami. Ktoś ją wyrwał lub złamał. W głębi lasu odnalazłem budynki. Parterowe, bez okien, ale z otworami na okna. Jakby same ściany. W środku zaczęto nam zakładać dziwne hełmy. Jakby do wirtualnej rzeczywistości. Bardzo się broniłem. Świat który tam był pokazywany pochłaniał, ale wiedziałem, że nie jest realny. Udało mi się zrzucić go i zobaczyłem innych, którzy tam byli. W tych kaskach. Chodziłem po pokojach. Niektórzy leżeli na podłodze porośnięci krzakami. Żyli, ale byli już częścią roślin. Wiedziałem, że muszę się wydostać z tego lasu. Udało się. Nie pamiętam jak, ale znalazłem się w mieście. Knajpki, ceglane budynki. Ludzie.

Ucieczka z kopalni, atak i bezpieczeństwo

Zjechałem do czegoś, co wyglądało jak kopalnia odkrywkowa. Była tam grupa ludzi. Czułem zło. Chciałem uciec. Wsiadłem do samochodu i zacząłem wjeżdżać przez urwisko. Tamci gonili mnie, ale jechali normalną, okrężną drogą. Dotarłem na szczyt i zatrzymałem auto. Zacząłem odrywać skały (ogromne kawałki) i zrzucać na drogę. Skały były kilkukrotnie większe niż samochód. Były w kształtach klocków jak w grze Tetris. Zabarykadowałem wyjazd i pojechałem dalej. Dotarłem na polanę. Był zmierzch. Grupa młodych ludzi. Coś zaczęli majstrować przy moim samochodzie. Niby jakieś udogodnienia. Nie podobało mi się to. Denerwowało mnie także, że podchodzili bardzo blisko mnie. Stawali za plecami na 5 centymetrów. Otaczali mnie. Grzecznie choć stanowczo powiedziałem, że sobie nie życzę majstrowania przy aucie i takich bliskich kontaktów. Zdenerwowało to grupę. Byłem gotowy na atak, ale nic się nie stało. Czułem ich zdenerwowanie i agresję. Jednak coś ich powstrzymywało. Poszedłem potem do dziwnego domu. Całego z drewna. Były tam znajome osoby. Przygotowywali się na jakiś atak. Ja, bardzo spokojny mówiłem, że ze mną nic im nie grozi. Choć nie wypowiadałem tych słów.

Wielki pożar mostu

Sen dość krótki, ale bardzo męczący. Jechałem samochodem autostradą. Dojechałem do mostu nad nią, który się palił. Przechodziły tam jakieś rury z gazem lub paliwem. Pełno strażaków, korek. Wysiadłem z samochodu i podszedłem bliżej. Widziałem płonące rury. Czułem bardzo wysoką temperaturę. Usiłowali opanować źródła ognia, gasząc wyloty z tych rur. Coś szło źle, bo podniosły się krzyki, żeby uciekać. Lali wodę na wyloty rur ale bez rezultatu. Uciekałem, ogień gonił w każdą stronę. Uciekałem wzdłuż rur, zamiast się oddalić. W pewnym momencie jednak zacząłem się wycofywać i wyszedłem z tego cało.

Spotkanie po 30 latach, Bóg i Szaman

Dość niezwykły sen. Całość działa się właściwie w jednym miejscu, bliżej nieokreślonym. Jakieś mieszkanie, jakieś miasto. Spotkałem się z dawnym znajomym, z lat ’80. Co prawda nie był sobą fizycznie we śnie, miał ciało kogoś innego, ale to nie jest ważne. Chodzi o rozmowę. Wspominaliśmy stare czasy, ja mówiłem o tym co jest teraz. O swoich sukcesach. Nagle padło pytanie z jego strony: a czy myślałeś kiedyś o Bogu? Zaskoczony trochę, odparłem najdyplomatyczniej jak umiałem, że to dość wrażliwy temat, ja mam swoje poglądy, ale nie chodzę, nie namawiam i nie rozpowiadam. Nie chciałbym Cię urazić, bo domyślam się jakie Ty masz poglądy. Wróćmy jednak do naszych starych fajnych czasów. Niestety nie dał się przekonać i wciąż drążył temat. Odpowiedziałem więc, że Boga nie ma, a ja sam jestem Szamanem. Nasze wizje świata mocno się różnią ale nie chcę, aby to przeszkodziło temu, co mamy wspólne. Wyczułem jednak spory mur niechęci, który pojawił się po mojej deklaracji. Próbowałem znów zmienić temat. On jednak trwał w swoim. Nastąpiła wymiana zdań. Powiedziałem, że to nie jest fair, że nie ma otwartego umysłu. Nie musi się zgadzać ze mną, ale jak każdy, również on, mam prawo do własnego postrzegania wszystkiego. Chodziłem dość długo za nim, starając się rozmawiać. Niestety, jak grochem o ścianę. Wyszedłem więc z mieszkania, rozglądając się po okolicy. To były ruiny jakiegoś starego/starożytnego miasta. Większość murów była śnieżnobiała. Widziałem jeszcze młodych ludzi, który chyba wynajmowali pokój w jednym w budynków. Żeby się tam dostać skakali na rowerach poprzez fosę (wysokość na oko – z 10 metrów przepaści). Most był zawalony. Wybijali się z pozostałości po jednej stronie i wskakiwali na pozostałość po drugiej stronie.

Węże i stary budynek

Dość krótki sen. Akwarium/terrarium. W nim ogromne węże. Mimo, że węże nie było wodne (kobra i chyba pyton) akwarium było pełne wody. Węże budziły strach (ale nie mój, był ktoś jeszcze). Kobra była rozdrażniona, bo prezentowała się w charakterystycznej pozycji z uniesioną głową i spłaszczonym na boki „karkiem”. Potem pojawił się budynek, mam wrażenie, że znam go z innego snu. Miał dużo schodów, wszystkie były ślimakowe. Właściwie to chyba cały budynek był okrągły.

Inne wymiary, inne byty i brak włosów

Dziwny sen. Obudziłem się w nocy (naprawdę, a nie we śnie) ze słowami – widzę inne wymiary, widzę energię, widzę inne światy. Znów zasnąłem. Pojawiłem się w domu. Stare mieszkanie, ogromne. Panował półmrok. Przez duży pokój przechodziło jakieś stworzenie, ogromne, dwunożne. Ale było w innym wymiarze. Przeszedłem przez nie, jak przez powietrze. Poszedłem do łazienki ułożyć włosy. Zauważyłem, że mam bardzo rzadkie. Jedna strona (prawa) była praktycznie łysa. Jakby mi ktoś wyrwał włosy. Zasłaniały ją włosy z pozostałej części głowy. Góra głowy miała dosłownie kilka włosów i ten pas łysiny przechodził aż do tyłu, do połowy potylicy. W pierwszym momencie przestraszyłem się, ale po chwili powiedziałem do siebie, patrząc na odbicie w lustrze, że po prostu ogolę całą głowę. Potem przyszedł ktoś jeszcze, dobijał się najpierw do drzwi. Chyba nie był mile widziany, bo miałem niemiłe odczucia. Niestety nie pamiętam co było później.